Joanna Parafianowicz

Najlepsze kosmetyki do stylizacji brwi

Kanony piękna zmieniają się średnio co 10 lat, ale wiele wskazuje na to, że historia kolem się toczy. Dlatego, wszystko się zmienia, także brwi, po to, aby wrócić w niemal niezmienionym kształcie.

W latach 20-tych panie pławiły się w emancypacji i pragnęły wyglądać tak, aby emanować seksem. Wówczas brwi musiały być dokładnie wyregulowane. W latach 30-tych brwi nieco się skróciły, ale nadal wymagały wiele uwagi (Marlena Dietrich). W kolejnym dziesięcioleciu postawiono na naturalność – brwi nie były tak bardzo podkreślane, wzorem dla wielu kobiet była Grace Kelly. Lata 50-te to czas sławy Audrey Hepburn i Marylin Monroe, które nosiły raczej grube i gęste brwi. W latach 60-tych, za sprawą Sophie Loren kobiety często goliły całe brwi i rysowały je na nowo (ech, pozostałości tej mody nadal zdarza się spotykać na ulicach…). W erze disco powróciła moda na brwi mocno wydepilowane, a w latach 80-tych – na brwi krzaczaste (bushy look), grube i naturalne, a im bardziej krzaczaste, tym lepsze. Dla odmiany w latach 90-tych królowały brwi wyskubane, nitkowate (vide Edyta Bartosiewicz), które stały się niestety, na pewnym etapie życia, także i moim marzeniem (a później zmorą!).

Szczęśliwie, od dobrych kilku sezonów trwa moda na brwi wyraźnie zarysowane, niekiedy jednak trend ten bywa interpretowany zbyt dosłownie, przez co zdarza się na ulicać mijać młode dziewczęta o brwiach niemal odrysowanych od linijki, idealnie grubych i bardzo bardzo ciemnych. Z tego, co czytalam, obok butów Emu, ten trend jest jednym z najmniej lubianych przez facetów…

Choć podkreślanie brwi nigdy nie spędzało mi snu z powiek, wypróbowałam nie jeden kosmetyk, który miał sprawić, że będą gęstsze, ładniejsze i bardziej symetryczne. Miałam przygodę z cieniami (przy moim odcieniu blondu konieczne było używanie odcieni szarawych) ale nie była ona udana. Próbowałam także henny w domowych warunkach (Refecto Cil, cena około 25 zł, do nabycia np. tu) ale – choć daje długotrwały efekt, niestety jej użycie to wyzwanie. Wystarczy chwila nieuwagi i można codziennie śpiewać do lustra – węgiełkiem czernię brwi, dla ciebie, miły…

Do około 2 lat temu uważałam, że najlepszym kosmetykiem jest kultowy Aqua Brow Make Up Forever, bo dawał naturalny efekt i był dość łatwy w stosowaniu, a cena – choć wysoka (ok. 130 zł, do kupienia w Sephorze), to i tak pozwalała na używanie produktu przez minimum 100 lat (takie mam wrażenie).

Przełomem jednak okazał się wosk do brwi marki Bell, kupiony w Biedronce. Jest bezbłędny.  Dane naturalny efekt, ma odpowiedni kolor dla blondynek, nie powoduje efektu drag queen i jest bardzo przystępny cenowo. Jest prosty w obsłudze (ołówek z wysuwanym środkiem), starcza na kilka miesięcy przy codziennym stosowaniu. Co istotne – nie uczula. Jak dla mnie – bomba. Dostępny w dwóch odcieniach – dla blondynek i szatynek. Kosztuje około 10 zł (kupicie go także online, foto: perfectfresh.com, do której to strony odsyłam).

You Might Also Like

3 komentarze

  • Reply
    Natalia
    24 września 2017 at 19:49

    Kosmetyk z Bell uwielbiam za precyzje, ale jak mam lenia używam pomady z Wibo. Raz się żyje

    • Reply
      admin
      24 września 2017 at 22:11

      Nie znam pomady, ale może powinnam poznać, bo prawdę mówiąc Bell wydawał mi się do tej pory sposobem na lenia 🙂

      • Reply
        Natalia
        25 września 2017 at 00:52

        Leń nie jedno ma imię 😉 Niestety pomada jest dostępna jedynie w trzech wersjach kolorystycznych, ale mimo to niektórzy odważnie porównują ją do tej z ABH. 🙂

    Leave a Reply