Joanna Parafianowicz

Ramen Vegan Shop

Nie byłam nigdy w Japonii, nie wiem zatem jak na miejscu smakuje japońskie jedzenie. Jeśli tak, jak w Vegan Ramen Shop to warto odłożyć pieniądze na wycieczkę!

Lokal na warszawskiej Saskiej Kępie, do którego nie jest łatwo trafić w plątaninie jednokierunkowych uliczek. Zdecydowanie jednak – warto. Choć nie jestem konsekwentną wegetarianką (nie wspominając o weganizmie, jedynie się o to staram!), to w moim odczuciu także typowi mięsożercy mają szansę wyjść z tego miejsca zadowoleni. Raczej przystępne ceny, w szczególności w połączeniu z wielkością porcji, to jest to, co każdy lubi.

Z pewnością nie każdego urzeknie to, co skradło moje serce – kompaktowe miejsce, w którym siedzi się obok siebie, niezależnie od tego, czy się razem przyszło, czy nie. W środku – mieszanina ludzi i choć każdy, nawet wizualnie, przynależy do innego świata, to trudno nie mieć wrażenia, że wszyscy czuli się jak u siebie. Nie, jak w restauracji lub na skomplikowanym obiedzie u cioci, ale trochę jak… w szkolnej stołówce. Pełna swoboda i luz. W czasie mojej około godzinnej wizyty, obiad zjadła para z malutkim dzieciaczkiem (świetnie sobie poradził z makaronem – jadł rączkami), para z psem – kuternogą (na zdjęciu), pani z psem o wszystkich kończynach, rodzeństwo o znacznej różnicy wieku (on, cały pokryty tatuażami, usiłował nauczyć ją jeść pałeczkami, ona nieco zawstydzona wolała, aby ją karmił) i sporo osób od sasa do lasa. Ludzie ubrani oficjalnie, ludzie ubrani swobodnie, kibice polskiej reprezentacji (w tym dniu odbywał się mecz na Stadionie Narodowym).

I co? Wszyscy wyglądali na zadowolonych.

Przemiła obsługa, zaskakujące napoje (np. herbata przypominająca z wyglądu ice tea, ale w smaku – najzwyklejsza, choć zimna, bez dodatku cukru), woda podawana każdemu bez dodatkowej opłaty, gigantyczne porcje i zaskakujące prostotą przystawki (z tofu, zielonej fasolki i fermentowanej soi). Nie wiem w jaki sposób przyrządza się tam fasolkę, ale zapewniam, że nie smakuje jak ta, którą niekiedy robimy w domach.

Wegańskie lody… spróbowałam jedynie tych o smaku czarnego kokosa i choć wielbicielką tego owocu nie jestem, byłam zachwycona – także nie pozostawiającym obojętnym – wyglądem.

Wnętrze… 🙂 Sami zobaczcie. Komiksy (o jedzeniu!) na półkach, misie, buteleczki, przestrzeń rozbudowana w pionie. Nie każdemu się spodoba.

Napiwki pobiera kotek, a po wyjściu – choć raczej nie jest to stały element rozrywkowy wpisany w lokal, jeden z najpiękniejszych pekińczyków jakiego widziałam (a widziałam niemało, bo sama mieszkam z kilkoma).

Zdecydowanie – POLECAM. I sama nie raz tam chętnie wrócę. Jestem jednak świadoma, że nie jest to miejsce dla każdego.

 

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply