Paulina Grajek

O, matko!

Matka o poranku, to matka wariatka. Przynajmniej ja. Podobno widziane były takie, co piją rano nieśpiesznie kawę i przeglądają fejsa albo czytają prasę. Tylko – widziane przez kogo i gdzie?

Takie osoby na pewno nie są matkami lecz kobietami żyjącymi w epoce „przed-dzieciowej”. Ewentualnie – matkami z instastory. Jak bowiem wiadomo istnieją takie na instagramie i na FB, czasem można je też spotkać na żywo. To te, przy których czujesz  się zawsze tą gorszą, tą co nie nadąża, nie umie i ogólnie jesteś poczochrana, masz wrażenie, że nieco przybrudzona i coś z tobą jest nie tak jak trzeba. Matka o poranku, proszę Państwa, niezależnie od tego czy jej dzieci są małe i plują dookoła marchewką z uroczym uśmiechem na bezzębnej buzi, czy są podrostkami z pryszczem na brodzie, fochem na ustach i milionem zajęć dodatkowych w plecaku, to zawsze matka szale.

U mnie wygląda to tak. Wstaję 6.40, no dobra czasem przestawiam ten cholerny budzik i zwlekam się tuż przed 7. Wtedy jest już nie szał, a hardcore, bo mam tylko godzinę. Dzieci mam dwoje w porywach troje, w wieku szkolnym i w okolicach dojrzewania – są więc zajęcia w plecaku i foch z pryszczem też.

Jeszcze w ciszy poranka poszturchiwana przez głodnego mopso-psa zamykam się w łazience na szybki prysznic i nasmarowanie kremem twarzy. Jedyne 7 minut tylko dla mnie. Z włosów myję tylko grzywkę bo na całość mam czas jedynie wieczorami (tzn. nocą). Potem nie jest już łatwo, nastawiam owsianki, jaglanki, smażę jajeczka (jeśli akurat mają być zawody w weekend i forma mistrzowska potrzebna). Okej, czasem sypię słodkie płatki i zalewam jogurtem albo mlekiem ryżowym, bo innego moi synowie pić nie mogą. Robię herbatki i kawki i wołam…, raz, drugi, piąty aż wchodzę do pokoi i zapalam światła, ściągam kołdry i ponaglam. Jak nie działa, uruchamiam matczyny ryk lwicy. Zwykle reagują.

Biegiem do kuchni robić kanapki do szkoły, temu z ciemnym, temu z jasnym, temu bez szynki ufff. Człapią nieprzytomni potykając się o własne nogi, mrużą oczy, że za jasno, siorbią herbatkę, wracają się po kapcie bo podłoga zimna, wracają się zgasić światło bo prąd należy oszczędzać, łokcie ze stołu bo ogładę trzeba mieć i tak codziennie. Umyłeś zęby? Plecak spakowany? Masz wf? Mamoooo, na którą mam do szkoły (!?) Mamoooo weź go, głupek jeden, i co kretynie gadasz głupoty te pranki to robili jeszcze jak mama młoda była, takie starocie oglądasz głąbie jeden, jesteś opóźniony. Mamooo on mówi na mnie głąb, mamoooo on mnie szturcha, mamo……ooo.

Oczywiście jest też u mego boku mój partner i dzieli ze mną te kanapki, owsianki i inne kawki mi robi, ale jednak dzieci są moje (większa część) i moja odpowiedzialność za dopilnowanie ich, żeby głowy oraz plecaki zabrali do szkoły. I nie mówicie mi błagam, że sami powinni pamiętać, albo sami robić śniadanie. Nie pamiętają o tym nawet wtedy, gdy wszędzie wiszą kartki przypominajki. Może opóźnieni są pomimo zaświadczeń z poradni o ponadprzeciętnej jednak inteligencji, a może po prostu są dziećmi i szare komórki zajęte mają czymś innym (tylko ja nie wiem czym).

Codzienne dociekanie czyja kolej na wyjście z psem (żeby nie było – muszę prowadzić terminarz, bo inaczej pies sikałby do kuwety a nie umie). Psa karmimy MY dorośli, chociaż mieli ONI ale zapominają a ja kocham to wiecznie głodne mopso – coś i nie mogę jak patrzy takim wzrokiem. Nastawiam zmywarkę i 5 razy przypominam starszemu o rozpakowaniu jej po powrocie ze szkoły. Czasem działa.

Jeden znika ze swoim tatą na 7.30 drugi wychodzi przed 8 ….ulga. 10 min na makeup, którego robienie w tempie mam opracowane do perfekcji, narzucenie na siebie tego co wczoraj przygotowałam na wieszaku, kawa i out. Jeśli było w porannej normie to 8.05 jestem z młodszym w aucie i 8.25 pod szkołą. Chyba, że zapomni basenu, wf, tenisa ….i wraca na 3. piętro, a ja czekam wkurzona w aucie. Jeśli nie, to jadę, parkuję, wysiada ale zaraz wraca po… basen, wf, okulary, tenis (zależy od dnia).

Jak już zniknie w drzwiach szkoły zaczynam wreszcie spokojne życie, idę spacerkiem … w ciszy… do metra, w metrze scrolluję fejsa, albo czytam książkę, słucham muzyki. O matko! Na chwilę przestaję być matką! Później spacerek do biura po porannym centrum miasta, budzącym się dopiero do życia. Przyjemność. Wpadam do showroomu już oczyszczona z porannej złości, pośpiechu i innych dziecio – wytwórczych smaczków.  Około 17 będzie podobnie albo jeszcze gorzej bo – basen – na który w korkach tylko matka zdążyć potrafi. W szkole ganiam po korytarzach, bo znowu – nie ma okularów, basenu, tenisa itp. Pół biedy jak mam trampki ale jak mam obcas to już żaden fitness ze stepem nie jest mi potrzebny. Potem lekcje, które niby odrabiają sami ale jak nie przypilnujesz, to wiadomo co. Klasówki – w 7 klasie postanowili robić 4 klasówki tygodniowo więc w sumie ciągle odpytuję z jakiegoś materiału, przy okazji przerabiając na nowo matmę, historię, gegrę i chemię, z którymi miałam nadzieję, że pożegnałam się szczęśliwie i nieodwracalnie lata temu. Taaak…biorę nawet korki z YouTube bo przecież zapomniałam jak się to wszystko tłumaczy i rozwiązuje, przynajmniej większość. Uczę się też dodatkowo hiszpańskiego i niemca bo przecież moja edukacja objęła jedynie rosyjski i angielski więc niedouczona jestem, a szkoły teraz światowe. To, że leją się, szczypią, wrzeszczą, popychają się albo ganiają z wydającą cholerny odgłos dmuchaną piłką po mieszkaniu udając Messiego i Ronaldo a nawet Pazdana to już opowieść na inną bajkę.

Pozdrawiam w biedzie wszystkie matki wariatki. Może kiedyś nam ktoś da za to medal, a może i niw. Ale, jak to moja prababcia mawiała, chłopak czy dziewczynka wszystko jedno i tak wychować trzeba😉

O Matko!

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply