Joanna Parafianowicz

Dlaczego w przypadku jedzenia nie zawsze warto płacić za marketing… Na przykładzie Shrimp House i Sagarmatha Nepal

Lokali gastronomicznych na mapie stolicy jest masa. Do jednych trafić trudniej, a do innych – także za sprawą rozmaitych publikacji – łatwiej. Jedno jest jednak pewne – smaczne jedzenie strawić łatwiej niż marketing.

Kocham krewetki. Dotychczas myślałam, że miłością wzajemną, bowiem zwykle – prawidłowo przygotowane i dobrze doprawione – bardzo mi smakują. Byłam zatem przekonana, że wizyta w niedawno otwartym w Warszawie Shrimp House, kolejnym po Wrocławiu i Poznaniu miejscu podający, wyłącznie dania krewetkowe, to będzie sama frajda. Nie była. Od czego by zacząć?

Na trzy zamówione dania: makaron z krewetkami i pomidorami, zupę pho z krewetkami i zupę kokosową z krewetkami, jedynie to ostatnie miało smak, a ściślej – było po prostu ostre. Dwa pozostałe były doprawione zbyt delikatnie (lub prawie wcale), a tym samym zawarte w nich krewetki przypominały bezsmakową szynkę konserwową (specjalnie piszę „bezsmakową”, bo szynka konserwowa jest nie tylko miękka, ale także ma zwykle słodki smak i jest słona, krewetki zaś były tylko miękkie). Na dodatek w lokalu (na Tamce) prawdopodobnie nie działa wentylacja lub zamontowano taką, która nie wystarcza na lokal tej wielkości. W konsekwencji jedliśmy albo w oparach dymu, albo – przy otwartych drzwiach wejściowych, na zmianę (do blokowania drzwi pracownikom lokalu służy puszka po Coli). Ja i moja córka siedziałyśmy cały czas w kurtkach.

Zupełnie na marginesie dodam, że dokonywaliśmy płatności kartą na podpis… pod koniec jedzenia podeszła do nas pani, która przyjmowała zamówienie i bardzo miło spytała, czy wszystko nam smakuje – bardzo miłe, prawda? (pomyślałam, że co jak co, ale obsługa jest ok), ale chwilę potem wspomniała, że zaprasza do kasy, bo płatność nie przeszła. Po dłuższych wyjaśnieniach okazało się, że błąd nie leżał po stronie zera na koncie, lecz tego, że sprzedająca mając możliwość naciśnięcia przycisku „tak” w odpowiedzi na pytanie terminala – czy podpis jest zgodny z podpisem na karcie? nacisnęła „nie”.

Reasumując wszystkie doznania, jakie były moim udziałem w Shrimp House (także bób brzucha, który dopada mnie zawsze ilekroć zjem coś, co zawiera dodatki przyspieszające gotowanie lub przyrządzone na starym tłuszczu) uważam, że nie jest to miejsce, które warto polecić, zwłaszcza miłośnikom krewetek, a popularność tej sieci wynika… nie wiem z czego właściwie. Marketing to jedyna odpowiedź jaka przychodzi mi do głowy.

 

Tymczsem…

Marketing to pojęcie, które z pewnością nie zawitało w innym warszawskim lokalu, Sagarmatha Nepal, położonym na Woli, mieszczącym się w niewielkim pawilonie bez toalety (choć panowie w drodze wyjątku wpuścili mnie na zaplecze, które było czyste!), z 4 stolikami na krzyż, plastikowymi naczyniami i ozdobami z innej planety. Za to z jedzeniem, do którego chce się wracać. Charakterystycznym, doprawionym, jeśli trzeba – słodkim lub pikantnym. O porcjach, którymi można się najeść, płacąc przy tym relatywnie mniej niż w Shrimp House. Smacznie, sporo, charakterystycznie, ze smakiem i bez bólu brzucha. Zdecydowanie zapraszam na wycieczkę na wolę. 

 

 

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply