Joanna Parafianowicz

Jak sprawdza się u mnie dieta pudełkowa Diet Box (po blisko 2 tygodniach)

Doskonale. Tyle tytułem wstępu.

Pod moim pierwszym wpisem informującym o rozpoczęciu przygody z Diet Box na facebooku rozpętała się burza. Część z czytelników twierdziła, że wybrana przeze mnie dieta 1200 kalorii spowolni metabolizm, nie starczy na pokrycie energii zużywanej na potrzeby życiowe, nie sprawdzi się tak jak bycie pod stałą kontrolą dietetyka, a poza tym – świadczy o braku podstawowej wiedzy z zakresu zdrowego odżywiania.

Cóż, drodzy Państwo – część z Was się myliła.

Przede wszystkim powinniście wiedzieć, choć to dość intymne wyznanie, od zawsze żyję w przekonaniu, że powinnam schudnąć. Niestety, od kilku lat słowo ciałem zaczęło się stawać i faktycznie skurczyły mi się ulubione ubrania 😉 Za sobą mam głodówki, posty, diety (o nazwach bodaj na wszystkie litery alfabetu), wyrzeczenia i rygory. Wszystkie obdarowywały mnie efektem jojo plus kilkoma centymetrami gratis.

Dlatego decyzja o przejściu na odżywianie pudełkowe, które zredukuje wagę, była przemyślana i skonsultowana z dietetykiem. Obejmowała ustalenie podstawowych danych o moich parametrach (wzrost, waga na oko), trybie życia (żyję na siedząco), wieku i tym co lubię jeść oraz za czym nie przepadam (w gruncie rzeczy są to tylko pieczarki, więc nie uważałam, aby ta informacja miała kluczowe znaczenie). Wspólnie z dietetykiem uznałam, że aby uniknąć rutyny posiłkowej nie zrezygnuję z mięsa, choć nie jestem osobą, która musi je jeść. Po prostu mając na uwadze to, że moja współpraca z Dietbox ma trwać przynajmniej 3 miesiące, nie chciałam narazić się na utratę sił.

Po dwóch tygodniach wiem jednak, że sił nie tyleż – mi nie ubyło, to mam więcej energii, lepiej śpię, ogólnie jest mi ze sobą lepiej… No i najważniejsze – zauważalnie straciłam na centymetrach. Nie ważę się, jest bowiem we mnie pierwotny lęk przed wagą, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi (czyli zawartość mojej szafy) wskazują, że jest mnie mniej. Jem grzecznie 5 posiłków dziennie, ale już nie potrzebuję budzika, aby o nich pamiętać. Nie mam ochoty wieczorami rzucić się na lodówkę/chlebownicę/puszkę ze słodyczami i wyjeść z nich wszystkiego, co jeszcze nie chodzi, a w weekend, gdy jestem skazana na samodzielne przygotowywanie posiłków, jem mniej niż wcześniej. Za to – częściej.

Nie mam ochoty kończyć przygody z pudełkami. Ba, nawet nie myślę, co będzie „jeśli wytrzymam 3 miesiące”. W tych warunkach bowiem „wytrzymam” jest słowem całkiem nietrafionym.

Uważam, że jak na ledwie 2 tygodnie, efekty są więcej niż zadowalające. Jednakże… dziś mam ostatni dzień diety uwzględniającej mięso, co mnie bardzo cieszy. Zobaczymy, czym ta zmiana zaowocuje 🙂

Tak jak poprzednio, napiszę o pewnym dostrzeżonym minusie diety – wyzwala we mnie silne instynkty obronne. Kiedy któregoś dnia mój mężczyzna postraszył mnie, że zabierze mi z sałatki kapara, uroniłam łzę. Pomijam to, że dorosły człowiek nie powinien z takich powodów ryczeć, inny dorosły człowiek nie powinien nikogo ciemiężyć gastronomicznie, ale po prostu nie miałabym nic przeciwko temu, aby kapary pojawiały się częściej 🙂

 

A z okazji Mikołajek zamierzam zostawić na klamce mały upominek dla dostawcy!

#staytuned + zapraszam na instastories, na których niemal codziennie wrzucam informacje o tym, co otrzymuję do jedzenia.

 

Wpis oraz moja misja zdrowego odżywiania realizowane są we współpracy z marką Dietbox.

 

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply