Joanna Parafianowicz

Plusy i minusy pudełek

Moja przygoda z dietą pudełkową powoli, ale nieuchronnie zmierza do końca (przede mną tylko ledwie miesiąc). Co mi się w niej podoba najbardziej, a co bym zmieniła? O tym, poniżej.

Niewątpliwym plusem pudełek jest to, że mój dotychczasowy tryb „nie jem cały dzień, bo nie mam czasu, ale wieczorem pochłonę całą dzienną dawkę kalorii” odszedł w niepamięć. Choć nie mogę powiedzieć, aby była to droga usłana różami. Jak niemal każdy, kto od lat prowadzi intensywne życie, dzielone między pracę, dom i inne obowiązki, choć uważam się za chodzącą encyklopedię zasad zdrowego żywienia i kompendium wiedzy o odchudzających dietach – od lat jadałam nieregularnie. Z domu wychodziłam zwykle bez śniadania (ale po kawie!), w ciągu dnia łapałam co popadnie (w okresach większej uwagi poświęcanej jedzeniu – szykowałam coś, ale zwykle przywoziłam nieruszone do domu), a wieczorem… Wieczorem odbywała się pełnowymiarowa uczta. Porzucenie tych nawyków i zmuszenie się do odmierzania czasu w rytm posiłków, to było wyzwanie.

Początkowo nastawiałam sobie budzik, aby żadnego posiłku nie ominąć (dramat był wtedy, gdy pora „karmienia” wypadała w czasie rozprawy), jadałam w czasie jazdy samochodem, stresowałam się tym, co się stanie, gdy nie zjem na czas. Po kilku tygodniach zegarek nie był już potrzebny, choć przerwy między posiłkami nie były stałe. Przyzwyczaiłam się jednak do tego, że niezależnie od tego czy kwadrans wcześniej, czy później – posiłek musi być. Mam nadzieję, że weszło mi to w krew.

Nie byłabym szczera, gdybym mimo wszystkich ochów i achów nad pudełkami, nie wspomniała o minusach tego sposobu odżywiania. Choć po prawdzie – coś co dla mnie bywa małym kłopotem, kogo innego zachwyci.

W czym rzecz? Otóż, mam niekiedy odczucie, że mieszkam w restauracji 🙂 Ba, nie w jednej, w całej sieci. W ciągu dnia otrzymuję dania różnych kuchni świata, niektóre dość egzotyczne, z pewnością niepopularne. Jest zatem tak, że niekiedy czuję się, że jestem w nieustającej podróży 😉 Całe szczęście twórcy diety zdają sobie chyba sprawę z tego, że jej odbiorcy lubią się czasem poczuć jak na obiedzie u mamy – niektóre posiłki wyglądają i smakują jak żywcem wyjęte z rodzinnego albumu… z resztą, sami spójrzcie.

Wpis oraz moja misja zdrowego odżywiania realizowane są we współpracy z marką Dietbox.

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply