Joanna Parafianowicz

Miłość z aplikacji

Gdyby nie to, że do definicji: „nadmiar czegoś powodujący, że nie można w pełni wykorzystać tego, czego dotyczy nadwyżka” jest już przypisany termin – klęska urodzaju, z powodzeniem można byłoby ją odnieść do Tindera. Aplikacja pozwalająca każdemu, niezależnie od motywacji (poszukiwanie miłości, seksu, rozrywki, znajomych) na poznawanie innych osób, na podstawie prostych kryteriów – płeć, odległość, przedział wieku. Przyznaję, że Tinder mnie zaskoczył – zarówno w wymiarze wniosków, do jakich doszłam po kilku dniach korzystania jak i w zakresie tego, kim są jego użytkownicy.

Za sprawą aplikacji okazało się, że w promieniu 15 kilometrów od miejsca, w którym aktualnie przebywam jest masa ciekawych mężczyzn – przystojnych, mających niebanalne zainteresowania, aktywnych, wykształconych, pełnych pasji, realizujących marzenia, oczytanych i słuchających dobrej muzyki. Nic dziwnego, że początkowo mój palec częściej wędrował w prawo, niż w lewo, a serce biło energiczniej ilekroć okazywało się, że także i mnie ten, czy inny pan nie odrzucił.

Kto mnie ciekawił? Panowie, którzy na swój profilowy opis poświęcili więcej niż 10 sekund i nie zdecydowali się na tekst „Why so serious?” (zaskakująco popularny na Tinderze!), połączenie roznegliżowanego zdjęcia klatki piersiowej z fragmentem wzniosłego wiersza o miłości, fotografie przy aucie, czy 10 niemal identycznych selfie w jego wnętrzu prezentujących bogatą mimikę. Było ich sporo.

Kogo nie odrzucałam? Normalnie wyglądających ludzi, których twarze dają nadzieję na toczące się procesy myślowe, wykraczające tematycznie poza kwestie ubioru i pomady do układania włosów. Także i tych było niemało, ale pokładane w nich nadzieje często okazywały się płonne. Wątpliwości nadeszły wraz z pierwszymi wiadomościami: „Hejka”, „Jak ci mija dzionek?, „Co porabia piękna Joanna?, „Szukam dominy, starszej od siebie kobiety, która mnie zniewoli”, „He he, fajna fotka”.

Serio? Facet, który pływa na kajcie, czyta Tyrmanda i ewidentnie wie, czym jest poszetka nie jest w stanie napisać czegoś, co mnie zaciekawi, choć nie oczekuję cudów? Okazuje się, że tak.

Po kilku dniach przeglądania kolejnych profili, zerkania na otrzymane wiadomości i paru szybkich spotkaniach z osobami, z którymi udało mi się nawiązać nić porozumienia miałam serdecznie dość. Z jednej strony – cieszyłabym się, gdyby któryś z panów, zamiast pytać o mój dzionek, wciągnął mnie w rozmowę o zdrowotnych aspektach używania oleju kokosowego do smażenia (naukowcy są w tej sprawie podzieleni), albo zainteresował swoimi spostrzeżeniami na temat wyższości wielorazowych rurek do napojów nad papierowymi. Z drugiej zaś – coraz chętniej przeglądając kolejne profile przesuwałam palcem w lewo pod jakimkolwiek pretekstem, choćby miało być nim to, że pan ma na imię Mariusz (nie przepadam).

Tinder to niewątpliwie miejsce, w którym można poznać kogoś interesującego i to mi się udało. Równocześnie, jednakże jest to też aplikacja, która jak na dłoni pokazuje jacy jesteśmy, choć kreujemy się na kogoś wyjątkowego. Piękni, młodzi, bogaci, kolorowi, z szerokim spektrum zainteresowań. Nikt nie jest zwyczajny, czy przeciętny, bo nikt takim być nie chce. Zastanawiam się jedynie nad tym, kto później zostawia te brudne skarpety na podłodze, nie opuszcza klapy w toalecie i wstawia pranie, lecz go nie rozwiesza?

Przecież nie Ci panowie z aplikacji…

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply