Joanna Parafianowicz

Seks w wielkim mieście, ale bez seksu i miasto nie takie duże, czyli tinder po raz 2.

Kiedy poznajemy ludzi w normalny sposób, tj. w pracy, przez wspólnych znajomych, na ulicy, czy na poczcie podstawowe znacznie, poza przypadkami fascynacji od pierwszego wejrzenia, ma dla nas to, czy przyjemnie nam się z nimi rozmawia, czy są weseli, czy podobnie postrzegamy określone zdarzenia. Prawdopodobnie mało komu przychodzi do głowy rozkładanie na czynniki pierwsze pozy, jaką ktoś przybiera opierając się o samochód, czy sposobu, w jaki patrzy w lustro robiąc sobie zdjęcie w windzie. Tymczasem, próbując poznać kogoś za pośrednictwem aplikacji randkowej skupiamy się na duperelach i pod byle pretekstem podejmujemy decyzję, której emanacją jest ruch kciuka w lewo (nie) lub w prawo (tak).

Początkowo wprawdzie skrupulatnie przeglądamy zdjęcia i czytamy opisy. Dość szybko przekonujemy się zresztą, że ludzkość zatoczyła koło w kwestii komunikacji i słowo chętniej niż rozwijane, zamieniane jest w pismo obrazkowe – fala, talerz z udkiem kurczaka, rolka sushi, rower, ludzik, który płynie i ikona książki i już wiadomo, że kandydat, choć na tym etapie nie wiadomo do czego pretendujący, przedkłada wodę nad góry, jest zwolennikiem tradycyjnej kuchni, ale nie pogardzi czymś bardziej egzotycznym, po posiłku chętnie pojeździ lub wskoczy do basenu i umie czytać. Uff, jednak!

Gdy wiadomo już, że obraz mówi więcej niż tysiąc słów, przychodzi spostrzeżenie, że w codziennym pędzie, nie przyszło nam przyswoić pewnych skrótów. Wprawdzie LOL, czy ROTFL prawie nikt już nie używa, ale ONS albo FWB mogą sprawić, że dotrze do nas jak bardzo świat nam uciekł z pola widzenia w czasie, gdy zajęci byliśmy innymi sprawami.

Po przejrzeniu kilkudziesięciu lub większej liczby profili łatwo dojść do punktu, w którym bez czytania i analizy emotikonów ludzi ocenia się tak: w czapce –  łysy, w garniturze –  prawnik, w kolorowych ciuchach jak ze Stranger Things – bez pracy lub z taką, która jest poniżej jego oczekiwań, a jeśli twierdzi, że robi rapsy ale twarzy nie kojarzę, to pewnie ma 7 wyświetleń na yt. Nadal trudno jest mi określić, co myśleć o facetach, który sami o sobie piszą „właściciel” lub wrzucają zdjęcia w grupie i nie sposób stwierdzić, który z nich ma konto na tinderze.

Chętni jesteśmy deklarować, że nie oceniamy książek po okładce, a ludzi po wyglądzie. Niestety jednak decydując się na korzystanie z aplikacji, o której mowa, nie sposób się od tego uchronić. Warto jednak mieć nadzieję, cytując Carrie Bradshaw, że „Gdzieś tam istnieje inny mały dziwak, który nas pokocha, zrozumie , ucałuje nasze trzy głowy i dzięki niemu wszystko stanie się lepsze”. Cóż, prawdopodobnie przesunęłyśmy go w lewo…

Jeden z moich znajomych, po przeczytaniu pierwszego tekstu na temat randkowania na tinderze stwierdził: „Trochę jak recenzja airbnb:) Jeździć, nie jeździć? Nie wiadomo”. Dlatego tym razem, mimo wszystko stwierdzam – jeździć, ale rozsądnie 😉

Gdyby zaś ktoś miał ochotę na komentarz, że mi – dojrzałej kobiecie, matce, adwokatowi i bla bla bla nie wypada opisywać historii z tindera dodam, że dzięki niemu poznałam m.in.: baristę, socjologa, adwokata, posła, nauczyciela akademickiego i lekarza. Wszystko jest bowiem dla ludzi. Prawnik też człowiek, choć ponoć kocha nieco inaczej 😉

 

 

 

p.s.: W kolejnym tekście napiszę o tym jakie refleksje o kobietach mają panowie!

You Might Also Like

1 Comment

  • Reply
    MonitorPrawa
    16 października 2018 at 10:52

    Świetny wpis. Tak wygląda miłość w wielkim mieście 🙂

  • Leave a Reply